Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie.

Teren za Giżyckiem przybiera inną formę. Pojawiają się wyższe pagórki, a droga wije się niczym wstęga gimnastyczki do samego Węgorzewa. Hmy… całkiem ładne miasto. Celem podróży jest Muzeum Kultury Ludowej.  Nawigacja oznajmiła "jesteś na miejscu. Jak oceniasz aplikację?" Całkiem dobrze, jednak jestem na tyłach, a nie przy wejściu. W drodze do kasy ustawiono figury dwóch mężczyzn rozprawiających o zaobrączkowanym szczupaku. W jakim celu wykonano ów zabieg? O czym chcieli się przekonać? Po części informuje tablica tuż obok pochłoniętych rozważaniem postaciach.  

Węgorzewo

Kasa biletowa miejsce, gdzie kupisz bilet i pamiątki. Czy to wszystko? Nie. Wejście na teren muzealny jest o pełnej godzinie. Pozostało piętnaście minut. Oglądać suweniry? Nie. Na piętrze zgromadzono wystawę, można by rzec startową. Taką wprowadzającą. Różnorodność. Czas przeszły w różnych wątkach. Przeważającą tematyką są eksponaty pochodzące z natenczas Prus Wschodnich. Jednak nie tylko. Jest tu również trochę PRL-u. Jednak moją uwagę skupiła czarna sukienka. Poszukując odpowiedzi, usłyszałam mnóstwo ciekawych historii, jednak żadnej satysfakcjonującej. Czarna sukienka ślubna być może wywodziła się ze skromności o podłożu religijnym. Być może stosownie było posiadać tylko praktyczne rzeczy, nawet ubrania. Być może, być może... Usłyszałam, iż panowała bieda. Było dużo wojen i chorób, przez co ludzie często umierali. Przekalkulowałam czas wojen napoleońskich, najazdu tatarskiego, wojny Prusko-Francuskiej, epidemii cholery. Dużo jak na jeden wiek, lecz odpowiedź nadal jest niewystarczająca. Tu w budynku z kasą biletową i startową ekspozycją usłyszałam, że wykonano ją z cienkiej wełny. To był ten kierunek. Barwniki były drogie i korzystano raczej z kolorów naturalnych. Barwienie szyszkami i korą olchy dawały odcienie od kremowego do brązu, od fioletu do czerni, od jasnoszarego do ciemnoszarego. Natomiast taki czarny uzyskiwano z runa owiec w tym właśnie kolorze. Owiec niewielkich, lecz odpornej rasy skudde. W połączeniu z resztą daje satysfakcjonującą i pełną odpowiedź. Suknia uszyta, gotowa. 

Już czas. Wybiła pełna godzina. Furtka została otwarta i w pierwszej kolejności zaglądamy do kowala. Pierwszym obiektem jest budynek z muru pruskiego przeniesiony z Zabrostu Wielkiego w powiecie węgorzewskim. To kuźnia. Taki człowiek wówczas "metaloplastyk" miał w warsztacie piec do wytopu, miech do tegoż pieca, kowadło, szczypce, młoty, obcęgi wiertarki... Jednak nie takie jak teraz. Wyrabiał naczynia, przedmioty użytku domowego i te przydatne w gospodarstwie. Mało kto wie, iż kowal stawał się czasem felczerem. Wówczas wyrywał ludziom zęby. To ci historia.

Druga w kolejności jest remiza z Ołownika. Zbudowana na początku XX wieku w stylu mazurskim ludowym. Użytkowana zgodnie z przeznaczeniem do niemalże lat 80-tych. W wewnątrz znajduje się prawdopodobnie kompletny wóz strażacki, a także tematyczne tablice informacyjne. Tak wóz konny strażacki był znany już w 1880 roku. Wóz silnikowy, czyli samochód strażacki powstał w ~1902 roku. A jaki mechanizm miała pompa strażacka... ?

Nieopodal znajduje się budka strażników więziennych z Rynu. Powstała około 1850 roku tak jak więzienie w dawnym zamku komturii. Początkowo zamykano w nim mężczyzn, później kobiety i znów tylko mężczyzn. Trwało to do 1945 roku. Budka zmieniła lokalizację i przeznaczenie. Na koniec zakupiono unikat do muzeum.

Kolejną budowlą jest drewniana chata z Krzyżewa koło Ełku. Chałupa z podcieniem wypustowym i dachem krytym słomą została wybudowana w 1825 roku. Jak to jest z pokryciem dachowym roślinnego pochodzenia? W historii odnotowano pokrycia strzechą, którą mogła być trzcina, jak i słoma żytnia. Ważny był kierunek układania łodyg np. zbożowych, tak by woda spływała niczym po dachówce. Częstym, a raczej naturalnym zabiegiem, było uwidocznienie w podcieniu kłosów. Czemu miały służyć? Pytania się mnożą. Być może tylko ładnemu wyglądowi, być może związane były z ludowym wierzeniem. We wnętrzu tejże chałupy utworzono dział związany z rybołówstwem i metodami, jakie związane były z pozyskiwaniem tutejszych gatunków.  

Czas na drewnianą chatę z Woźnic z powiatu mrągowskiego. Czas zajrzeć do repliki ogromnej stodoły. Jak dla mnie ogromnej. Czas na kolejną chatę. A wszystko wypełnione eksponatami i zaaranżowane, tak by bez cienia wątpliwości cofnąć się w czasie i poczuć klimat tamtych lat. Zobaczyć niejednokrotnie trudne życie zwykłych ludzi. Byt, po którym pozostało wiele historii i tajemniczych przedmiotów. Czas rozwoju nowoczesnych technologii. Czas patentowania pomysłów.  Niektóre patenty minionych lat można datować na 1234 rok i wiek później. Jednak taki powszechny dla ludu nie tylko dla uczonych odnotowano w Europie w 1883 roku po konwencji paryskiej dla  państw, które umowę ratyfikowały. Polska przystąpiła do owej umowy w 1919 roku, a kiedy zrobiły to Prusy Wschodnie, czy też w owym czasie Prusy Książęce? Nie znalazłam odpowiedzi. Jedno jest pewne, takie prawo miało bardzo duży wpływ na postęp.

Obiekt, czyli zespół budynków jest duży i całkowicie zagospodarowany. W sezonie letnim przebywają tu zwierzęta hodowlane owce skudde. Są one łagodne i lubią być nagradzane głaskaniem. Jest uparta koza. Ta w zależności od nastroju czasem wyłania się, by spojrzeć, kto ją odwiedził i zdegustowana wraca do siebie. 

Oprócz tradycyjnego zwiedzania można spędzić czas w tematycznych pracowniach. Można nauczyć się tkactwa, uzyskując pełnowartościowy dyplom, a konkretniej certyfikat. Można przyjść na warsztaty ceramiczne w pełnym zakresie. Budynki na cele warsztatowe powstały w 2003 roku. Zdjęcia i opis znajdują się w gazetce "Jelonek" gdzie zamieszczono historię jak to " z kopyta ruszyły prace..."

Na koniec podróży w czasie zaglądamy do najstarszego budynku reprezentującego styl podmiejskiego dworku. W jego wnętrzach od 1991 roku znajduje się siedziba główna muzeum. Jest, to również miejsce wystaw czasowych. Obecnie z jednej strony znajdują się dzieła Stanisława Cierniaka z drugiej galeria różnych obrazów. Różnorodność pod każdym względem tj. stylu, doboru materiałów, pochodzenia i poziomu artystów, prywatnych kolekcji obrazów i fotografii. Ja jednak skupiłam się na Stanisławie. Jego materiałem było drewno. Uwidocznienie opływowego kształtu i słoi. Sposób można by rzec syjamski. Wygładzenie jakoby poszukiwanie ukojenia. Tworzył ludzi. Mnóstwo twarzy, lecz nie gniewnych. Twarzy, z których emanuje spokój, jakby doświadczenia życiowe były zbyt trudne i jakby przez pasję wykreował sobie nowy świat. Nowych ludzi. Pogodnych, spokojnych nieznających smutku. Emanujących ukojeniem i dającym upragnioną równowagę między dwoma światami. Bezpiecznym tym wyimaginowanym, lecz namacalnym jak pionki w grze, w której wygraną jest uśmiech bądź spokój. Wykreowany świat w równoległej rzeczywistości jako balans między dobrem a złem. Przecież to naturalne elementy życia. Nieuniknione jest nie tylko zło, nieuniknione jest także i dobro. Na zło nikt nie potrafi się przygotować. Czasem wiara skłania człowieka by, pokornie przeszedł ten czas i mógł diabły schować do szafy. Jednak dobro też należy przyjmować z dystansem i szacunkiem. Z pokorą, gdyż to nas uczłowiecza. Z tego człowieczeństwa wówczas powstaje więcej dobra. Czy tak było w rzeźbiarskiej części żywota Stanisława? Czy w czasie kiedy innym tłumacząc, uczył swojej pasji?  Czuł, iż rozdaje owo dobro? Czy rzeźba sugerująca mnóstwo dłoni na jednym przedramieniu jest symbolem zespolenia ludzi?  Wyciągania pomocnej dłoni, czyli znów dawanie dobra? Miłej i gładkiej jak drewno ozdobione słojami, zawsze w parze... Daglezja poddawała się jego narzędziom, dzięki którym odkrywał bliźniacze słoje. Grubsze i cieńsze ułożone rytmicznie jak takty utworu. Cała nutka. Półnuta i dwie ćwierć nuty i tak takt po takcie... 

Ballada o Stanisławie...


... Między skansenem a pracowniami czają się pod drzewem niczym wojownicy pruskie baby. Jednak mało kto wie, że pruska baba, babą nie była...


























































                                                        










































Komentarze